Browsed by
Kategoria: Fantasy & SF

Pan Lodowego Ogrodu. Tom 1 – preludium do historii, czyli nadrabiam zaległości (recenzja)

Pan Lodowego Ogrodu. Tom 1 – preludium do historii, czyli nadrabiam zaległości (recenzja)

Polska literatura fantastyczna to nie tylko Sapkowski i Lem, ale o tym wie już prawie każdy. Do najbardziej popularnych i rozpoznawalnych autorów należy również Jarosław Grzędowicz. Założył magazyn literacki „Fenix”, tłumaczy komiksy, napisał niepokojący zbiór opowiadań Księga jesiennych demonów a w 2005 roku pierwszy tom cyklu Pan Lodowego Ogrodu, który przyniósł mu największą popularność. Oczywiście, zabrałam się za czytanie tego dopiero teraz. Poniżej znajdziecie moje wrażenia z pierwszego tomu (kolejne tomy też zamierzam przeczytać). Miłej lektury! 😉

Read More Read More

Dragon Age: Origins (PS3) – czy warto zagrać po latach?

Dragon Age: Origins (PS3) – czy warto zagrać po latach?

Jeśli lubisz gry cRPG, na pewno słyszałeś o serii Dragon Age. Do tej pory ukazały się już trzy odsłony, ale dla wielu osób to właśnie pierwsza z nich należy do tych najlepszych. Mnie osobiście ciężko się zdecydować, bo każda z nich ma inną stylistykę i sposób prowadzenia narracji i rozgrywki. Ostatnio na PS4 przeszłam drugi raz Dragon Age: Inquisition (kolejna platyna do kolekcji! Tak, mam na tym punkcie lekką obsesję, ale tylko lekką), a ponieważ miałam oczyścić miejsce na dysku PS3 na maraton gier z serii Yakuza, postanowiłam powrócić do leżącego od dłuższego czasu na dysku Dragon Age: Origins.

Read More Read More

Legion samobójców, czyli Harley Quinn i długo, długo nikt (recenzja)

Legion samobójców, czyli Harley Quinn i długo, długo nikt (recenzja)

Są filmy, na które czekają wszyscy. No, prawie wszyscy. I w większości przypadków okazuje się, że to nie jest to, na co oczekiwali. Rzadko kiedy udaje się sprostać wymaganiom. Batman v Superman poległ, podobnie można powiedzieć o Ghostbusters (kolejna część najprawdopodobniej nie powstanie). Wymieniać można więcej: część z tych filmów okazała się być słaba, a część po prostu przeciętna. Legion samobójców również padł ofiarą klątwy oczekiwań fanów. Ale wiecie co? Nie jest aż tak źle!

Read More Read More

Zaskakująco dobry serial SF – Ascension (recenzja)

Zaskakująco dobry serial SF – Ascension (recenzja)

Stacja SyFy słynie przede wszystkim z produkcji science fiction, chociaż nie zawsze są one najlepszej jakości. Ostatnio widać jednak pozytywne zmiany jeśli chodzi o seriale SF: niezłe Dark Matter, Killjoys i 12 małp i podobno rewelacyjne The Expanse (najpierw chcę przeczytać książkowy oryginał). Nie można jednak zapomnieć o ich miniserialu Ascension.

Read More Read More

A może by tak klasyczne fantasy trochę zapomnianego Raymonda E. Feista?

A może by tak klasyczne fantasy trochę zapomnianego Raymonda E. Feista?

Sukces Gry o tron oraz napływ Young Adult Fantasy i wszelkiej maści wampirów zmieniły fantastykę. Co prawda zawsze znajdą się przeciwnicy tego gatunku z argumentami, że to „wymyślone bajeczki z dobrymi władcami i baśniowymi krainami, dla tych, którzy nie potrafią zaakceptować teraźniejszości”, jednak takich lektur pojawia się coraz mniej. Sama przyznam, że ledwo pamiętam, kiedy ostatnio czytałam książkę, którą można by było zaliczyć do klasycznego fantasy. Ostatnio były to dzieła Andre Norton, od których mocno się odbiłam (te wielowymiarowe sylwetki bohaterów – oh wait, to oni mają charaktery?), ale w końcu zdecydowałam się zabrać za inny, długi cykl zaliczany często do typowej, klasycznej fantasy – powieści Raymonda E. Feista zawarte w cyklu Riftwar.

Raymond Feist i mapa Riftwar

Rys. Po lewej zdjęcie autora, po prawej mapa Midkemii

Cykl Riftwar – co to takiego?

Cykl składa się z 10 serii (głównie trylogie) oraz zbiorów opowiadań, które łączy miejsce akcji oraz przewijający się przez nie bohaterowie. Autor ciągle publikuje nowe powieści, a sprzedaż jego książek przekroczyła już 15 milionów egzemplarzy, jednak o dziwo jego imię i nazwisko nie jest aż tak rozpoznawalne, jakby mogło się początkowo wydawać (słyszeliście o nim wcześniej?). Nawet strona autora i cyklu straszą wyglądem z początku lat 90-tych i brakiem aktualizacji (http://www.crydee.com/). Niezbyt zachęcający początek.
W powieściach mamy okazję śledzić losy bohaterów dwóch współistniejących światów– Midkemii oraz Kelewanu, pomiędzy którymi zostało utworzone magiczne przejście. Pierwszy z nich to klasyczne fantasy (nic dziwnego, Feist wielokrotnie podkreślał w swoich wywiadach, że pasjonuje się systemem RGP D&D), natomiast znacznie ciekawiej prezentuje się Kelewan, inspirowany kulturą japońską, chińską, koreańską, a nawet aztecką. Na razie miałam okazję przeczytać pierwszą chronologicznie trylogię (składającą się z czterech tomów, ostatni został podzielony na dwie książki) drugą część następnej trylogii (Trylogia Imperium) oraz parę kolejnych książek. Poniżej znajdziecie moje wrażenia i uwagi odnośnie następujących lektur (ale nie będą to recenzje wszystkich tomów po kolei, zajęłoby to zbyt dużo czasu, a i nie każdy cykl zasługuje na poświęcenie mu takiej uwagi (niestety).

Saga o wojnie światów (akcja dzieje się w świecie Midkemii, później również na terenie Kelewanu):

  1. Adept magii (ang. Magician: Apprentice, 1982) – w 1996 w Polsce
  2. Mistrz magii (ang. Magician: Master, 1982) – w 1996 w Polsce
  3. Srebrzysty cierń (ang. Silverthorn, 1985) – w 1996 w Polsce
  4. Mrok w Sethanon (ang. A Darkness at Sethanon, 1985) – w 1997 w Polsce

Saga o wojnie światów – od zera do czarodzieja i ratowanie krainy przed wszechpotężnym ZŁEM

Pierwsza trylogia Feista stanowi dobre wprowadzenie do uniwersum, jednak jest bardzo sztampowa. Mamy tutaj dwójkę chłopców, z których jeden z nich zostaje potężnym czarodziejem, a drugi niezwyciężonym wojownikiem będącym wcieleniem starożytnej rasy Valheru. O ile pierwsza część skupia się przede wszystkim na tych dwóch postaciach, tak w kolejnych tomach pojawiają się kolejne – złodziej Jimmy, książę Arutha a fabuła zaczyna przedstawiać zdarzenia oczami znacznie większej liczby postaci.

Cały czas zastanawiałam się, jak ocenić te książki – to niezła fantasy, klasyczna aż do bólu, ale przy tym dość sprawnie napisana. Co prawda nie wciągnęła mnie aż tak bardzo, ale jako wstęp do większego cyklu jest dobrym materiałem.

Trylogia Imperium (fabuła osadzona na terenie Kelewanu, mniej więcej w tym samym czasie co pierwsza seria):

  1. Córka Imperium (ang. Daughter of the Empire, 1987)
  2. Sługa Imperium (ang. Servant of the Empire, 1989)
  3. Władczyni Imperium (ang. Mistress of the Empire, 1989)

Trylogia Imperium – Frank Underwood Kelewanu, czyli polityka w najlepszym (i to na dodatek kobiecym) wydaniu


Po przeczytaniu łącznie 15-tu (i to nie wszystkie książki tego autora) mogę jasno stwierdzić, że trylogia napisana we współpracy z Janny Wurst jest absolutnie najlepszą częścią twórczości osadzonej w świecie Riftwar. Każdy powinien ją przeczytać . Zawsze darzyłam ogromną sympatią silne postacie kobiece (w grach, filmach i serialach też). I to nie w sposób, jaki pokazuje przykładowo Ziemiański Achaję – bluzgającą, walczącą i pijącą kobietę, którą różni od mężczyzny właściwie tylko wygląd. Można zmienić jej imię na Achaj i wcale nie byłoby potrzeby zbytniej ingerencji w fabułę powieści.W przypadku Trylogii Imperium główna bohaterka to młoda dziewczyna Mara, która po śmierci swojej rodziny samodzielnie musi doprowadzić do przetrwania rodu Acoma.

Kelewan to świat o wiele ciekawszy niż Midkemia (gdzie dzieje się akcja pozostałych ksiażek Feista), honor rodu jest sprawą nadrzędną, a jako kobieta, Mara musi zmierzyć się z jeszcze większą ilością kłopotów.

Rzadko kiedy można zobaczyć postać żeńską, którą została tak sprawnie napisana – nie jest zawsze bezbłędna, czuje rozterki i często działa na ślepo, ale dzięki temu tym bardziej kibicujemy jej w rozgrywkach, w której stawką jest życie jej, jej służby i przetrwanie rodu. Gdybym miała porównać fabułę trylogii do innych książek lub seriali – wybrałabym „House of Cards” oraz „Grę o Tron”. To solidna porcja literatury, wyróżniająca się na tle pozostałych powieści w cyklu Riftwar.

Warto, a może lepiej coś innego?

Warto, ale przede wszystkim Trylogię Imperium, można również wcześniej spróbować klasycznej fantasy, czyli sagi o wojnie światów. Kolejne tomy nie są już tak dobre, chociaż zdarzają się wyjątki. Zbyt często mamy drogę od zera do bohatera, a przewijający się przez wszystkie tomy Pug nigdy nie zdobył mojej sympatii. Ale ten ostatni zarzut to zapewne wynik mojego braku sympatii do takich czarodziejów jak Pug, Gandalf, Dumbledore etc. 🙂
PS: Ponieważ jestem wielką miłośniczką wyłapywania świetnych cytatów podczas czytania/oglądania filmów i seriali, poniżej dwa, które przyciągnęły moją uwagę:

 

“Friends can betray you, but with an old enemy, you always know where you stand.”

― Raymond Feist, Krondor: The Betrayal

“Every person you encounter, whom you interact with, is there to teach you something. Sometimes it may be years before you realize what each had to show you.”

― Raymond Feist, Rise of a Merchant Prince

Marsjanin – hodowla ziemniaków level master (recenzja)

Marsjanin – hodowla ziemniaków level master (recenzja)

Ridley Scott to bez wątpienia utalentowany reżyser. Jego ostatnichfilmy, nie zaliczyłabym do najbardziej udanych. Zarówno Prometeusz, jak i Robin Hood oraz Exodus: Bogowie i królowie to produkcje, które miały potencjał bycia czym lepszym. Ale niestety nie wszystko zagrało tak, jak powinno. Dlatego do ekranizacji jednej z najciekawszych powieści science fiction ostatnich lat, książki Marsjanin autorstwa Andy’ego Weira, podchodziłam z dużym dystansem. Chociaż zwiastuny zapowiadały, że możemy mieć do czynienia z naprawdę udaną produkcją.

Marsjanin z Mattem Damonem

Marsjanin jest filmem długim (trwa 2 godziny i 21 minut), ale praktycznie od samego początku jesteśmy wrzuceni w środek akcji. Nie ma tu długiego wstępu jak w Interstellar (ogólnie, podczas oglądania niejednokrotnie porównywałam te produkcje i muszę przyznać, że dzieło Scotta wypada lepiej). Postacie poznajemy „w biegu”, razem z rozwojem sytuacji. Matt Damon wciela się tu w rolę botanika Marka Watneya, który zajmuje się analizą środowiska na Czerwonej Planecie. Do końca zorganizowanej przez NASA misji badawczej zostało jeszcze trochę czasu, ale z powodu niesprzyjających warunków pogodowych i potężnej burzy piaskowej, kilkuosobowy zespół zostaje zmuszony do opuszczenia małej stacji badawczej na Marsie i powrotu do domu.

Jednak podczas ewakuacji, Watney zostaje uderzony przez odłamki i zostaje w tyle za uciekającym zespołem. Grana przez Jessicę Chastain Commandor Lewis (tylko czekałam, aż w filmie ktoś zwróci się do niej Commandor Shepard) na podstawie informacji o rozszczelnieniu kombinezonu botanika, podejmuje decyzję o zaprzestaniu poszukiwań i nieryzykowaniu zdrowia pozostałych członków załogi. Tak oto grana przez Mata Damona postać zostaje pierwszym kolonizatorem Marsa.

Jessica Chastain - Marsjanin

W filmie nie było tyle Jessicki Chastain ile bym chciała, to chociaż wstawię tutaj jej GIF

Produkcja jest dość długa, ale udało się w nim upchnąć liczne wątki i każda postać ma właściwie swoje pięć minut. Zdecydowanie na plus wypadają sceny, które pozornie mogłyby wydać się najmniej ciekawe. Watney przeszukujący opuszczoną bazę, uprawiający uprawy i rozwiązujący coraz więcej problemów przy tak długim, samotnym pobycie na nieprzyjaznej planecie budzi sympatię. Nawet pomimo braku większego zarysowania jego psychiki. Nie wiemy o nim zbyt wiele: jest botanikiem, prawdopodobnie nie ma żadnej rodziny oraz mimo ciężkiej sytuacji, radzi sobie nieźle i nie opuszcza go poczucie humoru. Ridley Scott idealnie zbalansował obecność scen dramatycznych, z tymi bardziej komediowymi. Wydawałoby się, że opowieść o samotnym człowieku na Czerwonej Planecie, z małą szansą na przeżycie i jakikolwiek ratunek, będzie pełna dramatu i depresyjności. Jednak niejednokrotnie cała sala kinowa wybuchała śmiechem podczas lżejszych momentów.

Ziemski punkt widzenia

Marsjanin nie jest, tak jak było w przypadku Grawitacji z Sandrą Bullock, filmem jednego aktora. Właśnie to, obok przepięknych krajobrazów Marsa oraz nacisku na wierność nauce (chociaż nie zawsze, ale o tym później) stanowi ogromny plus tej produkcji. NASA dość szybko odkrywa, że jednak Watney przeżył – pytanie tylko, jak długo będzie sobie radził, jak się z nim skontaktować i jak go uratować? W obsadzie filmu właściwie nie ma słabszego ogniwa. Zajmujący się powracającą z misji załogą Mitch Henderson grany jest przez Seana Beana i każdy miłośnik Władcy Pierścieni wybuchnie śmiechem, widząc nawiązanie do trylogii Tolkiena. Jeff Daniels wcielający się w szefa NASA również nie ustępuje pola, a Marsjanin może być jedną z jego najlepszych ról.

Znana głownie z komedii Kristen Wigg tym razem pokazuje swoje możliwości aktorskie w kinie science fiction wcielając się w rzeczniczkę prasową i osobę odpowiedzialną za wizerunek NASA w mediach. Jej wątek, pomimo tego, że jest drugo- albo i trzecioplanowy, bardzo dobrze pokazuje ogromną presję i stres podczas pracy na takim stanowisku. A także ogromny konflikt moralny  – czy społeczeństwo powinno wiedzieć o misji wszystko? A może jednak trzeba część danych zataić, aby program lotów kosmicznych i badania planet pozostał niezagrożony.

Dynamika panująca w zespole NASA jest rewelacyjna, momentami to właśnie sceny na Ziemi interesowały mnie bardziej, niż te na Marsie. Szkoda tylko, ze osoby wracające na Ziemię, nie miały więcej okazji na to, aby pojawić się na dużym ekranie. Jest to jednak zrozumiałe, bo i sama produkcja trwa 2.5 godziny, więc część wątków musiała zostać wycięta a postacie mniej rozwinięte. Film na tym wcale nie ucierpiał, a sam montaż zasługuje na pochwałę.

marsjanin na ziemi

Na serio, to było ciekawsze niż Matt Damon na Marsie 

Marsjanin podbija serca widzów?

Marsjanin nie zawodzi. To bardzo dobre kino science fiction, bez słabszych momentów. Fabuła jest spójna oraz sprawnie prowadzona. Każda postać ma idealnie dobranego aktora i pozostaje w pamięci na dłużej, a prawie dwie i pół godziny filmu mijają niezwykle szybko. I bez poczucia nudy. Zdecydowanie warto to zobaczyć.W filmach science fiction ogromną rolę odgrywają oprawa wizualna oraz nauka. Co do tego pierwszego, nie można mieć żadnych zastrzeżeń. O ile nie przepadam za produkcjami w 3D i jeśli jest możliwość obejrzenia filmu bez okularów, zawsze ją wybieram, tak tutaj zostało to zrealizowane naprawdę dobrze. Krajobrazy Marsa zapierają dech w piersiach, planeta pomimo braku roślinności zdaje się być niezwykle zróżnicowana pod względem ukształtowania terenu.

Trochę więcej zastrzeżeń można mieć do samej oprawy naukowej, ale to i w książce nie do końca pozostało zgodne z rzeczywistością. Najbardziej w oczy rzuca się tnieuwzględnienie mniejszego przyśpieszenia grawitacyjnego na Marsie w porównaniu z Ziemią i sama burza piaskowa. Na Czerwonej Planecie nie ma tak silnych zjawisk pogodowych. Ale żeby magia ekranu działała, czasami trzeba coś zmienić. Z resztą, sprawdźcie sami  – warto!

 

Star Trek, Star Wars, a ja wolę serię Mass Effect! ;)

Star Trek, Star Wars, a ja wolę serię Mass Effect! ;)

Zawsze miałam problemy z filmami zaliczanymi do klasyki. Wynikało to po części z tego powodu, że po prostu ich nie widziałam. Nie zawsze interesowałam się aż tak filmami, a oprócz tego w kolejce czekało mnóstwo książek, seriali oraz gier. A wypadałoby robić coś jeszcze oprócz tego. Dlatego moja lista filmów do obejrzenia na Filmwebie liczy obecnie 1780 tytułów. W pewnym momencie było to ponad 2500 produkcji, ale przejrzałam zestawienie i usunęłam to, co mogę obejrzeć kiedy indziej. Liczba nadal imponująca, ale do końca roku postaram się zmniejszyć ją do 1500 filmów. Kto wie, może mi się uda. Tymczasem wzięłam się za oglądanie starszych Star Treków, przygotowując się do obejrzenia W ciemność. Star Trek. I wrażenia mam cokolwiek mieszane.

Read More Read More